Strona główna / Archiwum / A.K., Lublin, 13.02.2026

A.K., Lublin, 13.02.2026

Moja historia związana z mikroelementami Doktora Podbielskiego związana jest z chorobą mojej chrześnicy, która w wieku dwóch lat zachorowała na białaczkę. Dziecko trafiło na oddział wewnętrzny szpitala dziecięcego w Lublinie. Był rok 1983. Lekarze dziwili się, że z tak złymi wynikami krwi dziewczynka jeszcze żyje. Zastosowane leczenie nie dawało spodziewanych rezultatów. Leczenie polegało na tym, że trzeba było „odkarmić” organizm za pomocą leków do  takiego stanu aby wytrzymał działanie podanego do szpiku lekarstwa właściwego. Niestety dziewczynka była w tak złym stanie, że nawet leki oparte na sterydach nia zadziałały.Organim był umierający.

Pierwszą dawkę preparatów TP1 i TP2 a także adres w Warszawie gdzie te preparaty można było dostać, moja siostra a matka dziecka, dostała od wujka.

Mikroelementy zaczęła początkowo podawać dziecku w tajemnicy przed lekarzami, póżniej za wiedzą Pani Doktor Śladkowskiej. Bardzo szybko organizm dziewczynki zaczął pozytywnie reagować na leczenie i  ku ogromnemu zdziwieniu lekarzy doszedł do stanu zadowalającego tak, że mogło rozpocząć się właściwe leczenie. Preparaty Doktora Podbielskiego nabywałem w Warszawie. Doktor Podbielski zapraszał do mieszkania czekające osoby i po krótkim wykładzie rozlewał do ampułek mikroelementy, jak ktoś nie miał pojemniczka, to za drobną opłatą nabywał u doktora. Pamiętam jak doktor tłumaczył skład i działanie preparatu. Porównywał mikroelementy do niesmacznej zupy, której smak radykalnie poprawia szczypta soli. Tą 'solą’ dla naszego organizmu jest TP1 i TP2.
Leczenie szpitalne wspomagane preparatami Doktora Podbielskiego trwało dwa lata a kilka lat leczenie domowe i wizyty kontrolne.
Dzisiaj  moja chrześnica to matka trzech „chłopów” żona jednego męża, żyje i ma się dobrze. Do dzisiaj nie wie , że przeszła tak ciężką chorobę.
 W roku 1987 na raka piersi zachorowała matka tego „wujka od mikroelementów”. Po leczeniu szpitalnym została wypisana do domu. Stan był bardzo poważny, według  informacji od Pana Doktora z pogotowia były już przerzuty na węzły chłonne i inne organy, przyjeżdżał z morfiną aby uśmierzyć ból krzyczącej pacjentki.
Wujek podawał matce mikroelementy a może jeszcze inne preparaty, tego nie wiem. Po kilku dniach babci zrobiło się lepiej, wstała z łóżka i o dziwo żyła jeszcze długo. W między czasie wujek a jej syn zmarł na zawał a ona jeszcze żyła. Zmarła w podeszłym wieku i nie na raka.
Pozdrawiam. A.K.

Przeczytaj więcej